
Pensjonat znalazłam w internecie trochę przypadkiem. Szukałam czegoś kameralnego, z klimatem. Wysokie oceny i bardzo dobre opinie przyciągnęły moją uwagę, ale to wnętrza sprawiły, że kliknęłam „rezerwuj”. Drewniane akcenty w stosunkowo nowoczesnych wnętrzach, jasne pokoje, ciepłe światło lamp i śniadania, o których goście pisali jak o rytuale. Tak trafiłam do Rezydencji Pod Ochorowiczówką B&B. Już przy wejściu poczułam zapach ciepłej atmosfery i świeżo upieczonego ciasta. Drzwi otworzyła drobna kobieta w grubym swetrze i z uśmiechem, który od razu rozgrzewał.
— Pani to musi być Natalia Szczepańska — powiedziała serdecznie.
— Jestem Hanna, ale wszyscy z okolicy mówią na mnie Ciotka Hanka.
— Dobry wieczór — uśmiechnęłam się nieśmiało, strzepując śnieg z płaszcza. — Mam nadzieję, że nie przyjechałam za późno.
— W górach nikt nie przyjeżdża za późno. Najwyżej trochę bardziej zmarznięty — zaśmiała się. — Chodź, zaprowadzę cię na górę. Uważaj na schody.
Schody rzeczywiście były nieco śliskie, choć przy takiej pogodzie to raczej nie powinno dziwić. Stąpałam ostrożnie, ciągnąc walizkę, kiedy nagle ktoś zszedł z półpiętra. Wysoki, w ciemnej kurtce, z czapką zsuniętą na tył głowy. Miał w sobie coś surowego i spokojnego jednocześnie.
— Pomóc? — zapytał, chwytając za uchwyt mojej walizki, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
— Dziękuję, dam radę — powiedziałam automatycznie, ale i tak on już wnosił ją wyżej.
— Janek — przedstawił się krótko, wyciągając rękę. — Trzeba uważać. Śnieg ładnie wygląda, ale potrafi być zdradliwy.
Spojrzał na mnie uważnie i dodał z lekkim uśmiechem:
— Warszawa przyjechała? Pewnie na narty.
Przez chwilę chciałam zaprzeczyć. Ale tylko westchnęłam. — Musiałam od czegoś odpocząć.
Popatrzył na mnie tak, jakby rozumiał więcej, niż powiedziałam. — No to dobrze trafiłaś — powiedział cicho. — Tutaj serce szybciej bije. I lżej się oddycha.
Zrobiło mi się dziwnie ciepło, choć na korytarzu nie było przesadnie gorąco. Może od tych słów. Może od sposobu, w jaki je wypowiedział.

Pokój był dokładnie taki jak na zdjęciach, a może nawet ładniejszy. Jasne ściany, miękki pled na łóżku, duże okno, a za nim balkon, z którego było widać nie tylko miasto w dolinie, ale także drzewa posypane świeżym śniegiem. W rogu stał niewielki stolik, na nim szklanka i woda mineralna. Położyłam dłoń na gorącym grzejniku i przez chwilę tylko stałam, pozwalając, by ciepło powoli rozchodziło się po całym ciele.
Zaparzyłam herbatę. Usiadłam przy oknie, oparłam się plecami o rozgrzany kaloryfer i patrzyłam na padający śnieg. Płatki wirowały w świetle latarni jak w zwolnionym tempie. Wzięłam do ręki książkę, którą kupiłam jeszcze na dworcu. Zawsze czytam powieści, kiedy próbuję poukładać uczucia.
Telefon zawibrował. Franek. Nie odebrałam. Zamiast tego upiłam łyk herbaty i wsłuchałam się w ciszę pensjonatu. Gdzieś na dole ktoś zamknął drzwi, ktoś się zaśmiał. Może to Janek. Może Ciotka Hanka. „Tutaj serce szybciej bije” — powtórzyłam w myślach.
Nie wiedziałam jeszcze, czy przyjechałam do Wisły tylko po oddech, ale coś podpowiadało mi, że ta zima przyniesie więcej niż odpoczynek.

Obudziłam się wcześniej, niż planowałam. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Cisza była inna niż ta w Warszawie – głębsza, miękka. Zamiast szumu ulicy słyszałam tylko delikatne tykanie zegara i coś jeszcze… jakby skrzypienie śniegu pod czyimiś butami daleko w dole. Otworzyłam oczy. Jasne światło wpadało przez okno, odbijając się od białych dachów i oprószonych drzew. Śnieg przestał padać. Niebo było czyste, mroźne, aż dźwięczne. Przeciągnęłam się leniwie. "Co dziś zrobić?" - pomyślałam. Nie musiałam nigdzie pędzić. Nie musiałam odbierać telefonu. Nie musiałam nikomu nic tłumaczyć. Leżałam jeszcze chwilę pod kołdrą, wsłuchując się w siebie. To uczucie było nowe. Spokojne. W końcu wstałam i zeszłam na śniadanie.
Już przy otwieraniu drzwi pokoju poczułam zapach świeżej kawy i ciasta. Tego samego, które wyczułam wczoraj, kiedy przyjechałam zmarznięta i niepewna. Aromat był ciepły, maślany, domowy. W tle słychać było krzątającą się Ciotkę Hankę, brzęk talerzy, odgłos otwieranej szafki, cichy śmiech.
W jadalni nie było zbyt wielu gości. Dwie osoby siedziały przy oknie, ktoś przeglądał gazetę. Bufet był jednak okazały: świeże pieczywo, lokalne sery, wędliny, jajka, sałatki, konfitury, a obok jeszcze parujące dania na ciepło. Wszystko starannie ułożone, jakby dla znacznie większej liczby osób.
— Dzień dobry, Natalio — usłyszałam za plecami. — Jak się spało?
Odwróciłam się. Ciotka Hanka stała z dzbankiem kawy w dłoni i patrzyła na mnie uważnie.
— Idealnie — odpowiedziałam bez wahania. — Tutaj się czuję… jakbym nic nie musiała. Nic nie trzeba.
Uśmiechnęła się szeroko. — O to chodzi. Góry uczą, że nie zawsze trzeba. Czasem wystarczy być.

Śniadanie było idealne. Ciepła jajecznica, chrupiące pieczywo, kawa, która smakowała lepiej niż jakakolwiek w mieście. Jadłam powoli, delektując się chwilą.
Po śniadaniu przyszła ochota na jeszcze jedną kawę i kawałek ciasta. Usiadłam przy stoliku w rogu. Na stoliku obok leżała mapa Wisły. Sięgnęłam po nią bez większego planu.
Przyglądałam się nazwom: Stożek Wielki, Barania Góra, Czantoria… Przesuwałam palcem po zaznaczonych szlakach. I wtedy pojawiła się myśl — "A może pójdę w góry…?"
Nie wiem, czy pomyślałam to tylko w głowie, czy powiedziałam głośno.
— Jak w góry, to na Stożek — odezwała się Ciotka Hanka. — Szlak startuje tu za rogiem. A na szczycie schronisko prowadzi moja przyjaciółka. Pozdrów ją ode mnie.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
— Tak po prostu?
— A czemu nie? Pogoda jak marzenie.
Kilka chwil później byłam gotowa do wyjścia.
— Poczekaj — zatrzymała mnie Ciotka. — Na drogę kawałek ciasta. I mały termos z herbatą.
Podała mi jeszcze kije stojące w holu. — To może ci się przydać.
Szlak rzeczywiście zaczynał się niemal za rogiem. Początkowo łagodny, prowadził między ośnieżonymi drzewami. Słońce świeciło jasno, śnieg skrzył się pod stopami. Drzewa wyglądały jak z kartki pocztowej — białe gałęzie, błękitne niebo, cienie rysujące delikatne linie na ścieżce. Szlak był wydeptany, ale kije bardzo się przydały. Ostatnie podejście było zdecydowanie bardziej strome. Zmęczyłam się, oddech przyspieszył, policzki zaczęły piec od mrozu. Dobrze, że mam porządne buty — pomyślałam, czując, jak stabilnie trzymają się podłoża. Widoki wynagrodziły wszystko. Z góry Wisła wyglądała jak mała, spokojna dolina otulona białą kołdrą. W oddali było widać narciarzy zjeżdżających ze Stożka — kolorowe punkty sunące po jasnym stoku.
Dotarłam do schroniska i postanowiłam coś zjeść oraz chwilę odpocząć. W środku było niemal pusto. Ciepło uderzyło mnie w twarz.
— Dzień dobry — powiedziałam do kobiety za ladą. — Mam przekazać pozdrowienia od Ciotki Hanki z Rezydencji Pod Ochorowiczówką.
Kobieta tylko się uśmiechnęła.
— No proszę. To ty od Hanki. Wiedziałam, że dziś kogoś przyśle.
Zamówiłam coś ciepłego i usiadłam przy oknie. Wpatrywałam się w śnieg, kiedy nagle podmuch wiatru gwałtownie otworzył drzwi. Do środka wpadło zimne powietrze, a chwilę później w progu stanął postawny mężczyzna w zimowej czapce i czerwono-granatowej sportowej kurtce.
— Czołem! — powiedział donośnie.
Zamarłam. Ten głos.
Dopiero po chwili zorientowałam się, skąd go znam. To był Janek.
— Panienka w góry się wybrała? — zapytał z uśmiechem.
— A ty co tutaj robisz? — odpowiedziałam, starając się brzmieć swobodnie.
— Ratuję ludzi.
Dopiero wtedy zauważyłam emblemat GOPR na jego ramieniu.
— Serio? — uniosłam brwi.
— Serio. Dziś spokojnie, ale różnie bywa.
Usiadł obok mnie.
— I jak? Stożek daje radę?
— Ostatnie podejście mnie prawie pokonało.
Zaśmiał się cicho.
— To dobrze. Góry mają pokazywać, że są silniejsze. Zawsze potrzebny jest do nich respekt.
Chwilę rozmawialiśmy o szlaku, o widokach, o tym, że w mieście człowiek zapomina, jak się oddycha.
— Zostajesz tu długo? — zapytał w końcu.
— Kilka dni.
— To może jeszcze nie raz się spotkamy…

Kiedy wyszliśmy ze schroniska, zaproponował, że zejdziemy razem.
— Będziesz miała bezpieczną eskortę — rzucił półżartem.
Schodziliśmy powoli. Śnieg pod butami skrzypiał rytmicznie.
— Dlaczego tak naprawdę tu przyjechałaś? — zapytał nagle.
Spojrzałam przed siebie.
— Bo chciałam sprawdzić, czy potrafię być sama.
— I?
— Chyba pierwszy raz od dawna mi się to udaje.
Skinął głową.
— Wiesz… samotność w górach to co innego niż samotność w mieście.
— Lepsza?
— Prawdziwsza.
Szliśmy jeszcze chwilę w ciszy. Dziwne, ale ta cisza nie była krępująca.
Kiedy dotarliśmy pod Rezydencję Pod Ochorowiczówką, słońce zaczynało już chować się za grzbietem.
— Dzięki za eskortę, ratowniku — powiedziałam z uśmiechem.
— Do usług, panienko z Warszawy.
Zawahał się przez moment.
— Odpoczywaj. Ale nie za bardzo. Góry jeszcze mają ci coś do pokazania.

Patrzyłam, jak odchodzi w dół ścieżki.
Serce rzeczywiście biło szybciej.
I tym razem wiedziałam, że to nie tylko od wysiłku.
Obudził mnie dźwięk telefonu. Przez chwilę miałam nadzieję, że to budzik. Ale na ekranie wyświetliło się imię: Franek.
Westchnęłam i odebrałam.
— No hej — powiedziałam cicho.
— Kiedy wracasz? — zapytał bez wstępów. — I pamiętasz, że w niedzielę mamy obiad u moich rodziców?
Spojrzałam w okno. Słońce odbijało się od śniegu, a niebo było zupełnie czyste.
— Franek… pogadamy później, dobrze? Jestem na urlopie.
— No ale Natalia…
— Później — powtórzyłam i rozłączyłam się.
Serce biło mi szybciej, ale nie z powodu rozmowy. Raczej z powodu tego, że pierwszy raz nie poczułam wyrzutów sumienia.
Dlaczego nie zapytał „jak się masz?”, nie zaczął od „tęsknie…” – pomyślałam.
Po późnym śniadaniu w jadalni nie było już nikogo. Talerze uprzątnięte, filiżanki odłożone, tylko zapach świeżo parzonej kawy unosił się jeszcze w powietrzu. Ciotka Hanka przecierała blat.
— I jak tam wczorajszy Stożek? — zagadnęła niewinnie.
— Pięknie. I spotkałam Janka.
Kącik jej ust uniósł się delikatnie.
— No tak, jego można spotkać wszędzie. On czasem pomaga mi przy pensjonacie. Syn mojej kuzynki. Dobry chłopak.
— Ratownik GOPR — dodałam.
— A jak trzeba, to i dach naprawi, i gości z gór sprowadzi — odparła z dumą. — Ludzie przy nim dobrze się czują.
Zawahałam się.
— Rzeczywiście… chyba tak jest.
Hanka spojrzała na mnie uważnie.
— Jeśli tak czujesz, to może to coś znaczy?
— Nie, mylisz się. – odpowiedziałam krótko
Hanka tylko uśmiechnęła się pod nosem i cicho do siebie powiedziała. - Ja w tych sprawach nigdy się nie mylę.
Zarumieniłam się jak nastolatka i szybko zmieniając temat, uciekłam do pokoju.

Po południu ruszyłam do centrum Wisły. Miasteczko tętniło zimowym życiem. Najpierw zobaczyłam figurę Małysza z czekolady — stał dumnie, jakby za chwilę miał oddać skok. Uśmiechnęłam się do siebie.
Potem zajrzałam do Muzeum Beskidzkiego. Pachniało drewnem i historią. Stroje ludowe, stare narzędzia, opowieści o pasterzach i zbójnikach. Czułam, jak powoli wsiąkam w ten klimat.
Na obiad trafiłam do Kącika Zbójnickiego przy deptaku. Zamówiłam ramen góralski — pikantno-słodki bulion z chilli i imbirem. Boczek pieczony rozpływał się w ustach, wędzona śliwka dawała lekko dymny aromat, podgrzybek pachniał prawdziwym lasem. Do tego herbata zimowa.
Jedzenie tutaj to poezja — pomyślałam.

Spacerowałam potem po deptaku. Było gwarno, ale sympatycznie. Kupiłam kilka serków góralskich i chwilę oglądałam rękodzieło na straganach — wełniane rękawice, drewniane anioły, koniakowskie serwetki i inne bibeloty.
I wtedy zobaczyłam kolejkę turystyczną. Miała odjechać za kilka minut w stronę skoczni narciarskiej w Malince, Zapory w Czarnem i Zamku Prezydenta RP.
— Jedzie pani? — zapytał, przez otwartą szybę kierowca.
Wsiadłam bez głębszego zastanowienia.
Przejazd był trochę jak cofnięcie się w czasie. Drewniane ławki, śmiech dzieci, aparat w dłoni jakiejś starszej pani. Przewodnik mówił ciepłym, spokojnym głosem o historii skoczni, o sukcesach Małysza, o zaporze i o prezydenckiej rezydencji.
Tutaj czas biegnie inaczej — pomyślałam.
Wszyscy byli mili, uśmiechnięci. Nawet głos przewodnika brzmiał cieplej niż głosy w mieście.
Widoki na miejscu zapierały dech. Ośnieżone wzgórza, tafla jeziora Czerniańskiego połyskująca w słońcu, cisza wokół Zamku Prezydenta. Byłam zachwycona.

Kiedy wróciłam do pensjonatu, było już późno. Zrobiło się ciemno. Odpoczęłam chwilę w pokoju, ale coś nie pozwalało mi zostać w środku.
Wyszłam na taras.
Z oddali widać było stok narciarski Siglany — światła oświetlały trasę, narciarze zjeżdżali, jeden za drugim. Powietrze było mroźne, pachniało zimą.
Na drugim końcu tarasu stał ktoś oparty o ścianę.
Janek.
— Czołem — powiedział ciszej niż zwykle.
— Ty mnie śledzisz? — zażartowałam.
— Raczej trafiam tam, gdzie powinienem być.
Stanął obok mnie. Przez chwilę patrzyliśmy w milczeniu na stok.
— Dzwonił dziś ktoś z Warszawy? — zapytał nagle.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
— Skąd wiesz?
— Znam ten wyraz twarzy.
Westchnęłam.
— Franek – mój narzeczony. Pytał, kiedy wracam. I czy pamiętam o niedzielnym obiedzie u jego rodziców.
— A pamiętasz?
— Już nie wiem, czy chcę.
Janek odwrócił się w moją stronę.
— Czasem trzeba wybrać. Albo wrócić do tego, co znane. Albo zostać tam, gdzie serce zaczyna bić inaczej.
Serce znowu przyspieszyło.
— Nie komplikuj mi tego bardziej — wyszeptałam.
Zrobił krok bliżej.
— To nie ja komplikuję.
Nie wiem, kto pierwszy się nachylił. Może ja. Może on. Pocałunek był ciepły, zaskakująco naturalny. Jakby czekał od dawna.
Odsunęłam się pierwsza.
— To nie powinno się wydarzyć.
— A może właśnie powinno — odpowiedział.

Uciekłam do środka, serce waliło mi jak oszalałe. Zamknęłam drzwi pokoju i oparłam się o nie plecami.
Co ja robię?
Franek. Obiad. Rodzina.
Janek. Góry. Spokój.
Nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo, każdy gest.
Czy to tylko wakacyjna iluzja?
Czy naprawdę coś się zmienia?
W końcu zmęczenie wygrało.
Zasnęłam z myślą, że jutro wszystko może wyglądać inaczej. Może to był tylko sen…
cdn.
Choć ta historia brzmi jak coś, co mogło się naprawdę wydarzyć, jest wyłącznie fikcją literacką. Żadne postacie ani zdarzenia nie odnoszą się do rzeczywistości — ewentualne podobieństwa mogą być jedynie przypadkowe.
WR