Kopiuj do schowka
Rezydencja Pod Ochorowiczówką B&B | Pokoje ze śniadaniem Noclegi Wisła Centrum welcome preloader
Rezydencja Pod Ochorowiczówką B&B | Pokoje ze śniadaniem Noclegi Wisła Centrum

Część 2 - Uciekłam od narzeczonego do zimowej Wisły. Na tarasie zmieniło się wszystko

Nie planowałam miłości. Planowałam wyjazd. Resztę dopisały góry i śnieg.
Pierwszą cześc tego opowiadania znajdziesz tutaj.


Rozdział IV

Nie dotknął mnie, a jednak…

 

Schodziłam na śniadanie trochę wolniej niż zwykle. Noc była krótka, myśli za długie. Na półpiętrze zobaczyłam Janka. Stał na drabinie w holu i wymieniał spaloną żarówkę. Światło nad jego głową migotało jeszcze przez chwilę, po czym rozlało się ciepłym blaskiem po ścianach i drewnianych schodach.

– Dzień dobry – uśmiechnął się, zeskakując lekko na podłogę. – Czasem trzeba coś rozjaśnić od samego rana.

Odwzajemniłam uśmiech. Był spokojny. Nie podszedł bliżej. Jakby wyczuwał, że potrzebuję oddechu.

– Napijesz się herbaty? – zapytał, wskazując na jadalnię.

Skinęłam głową.

Usiadłam przy stole pod oknem. Wisła budziła się powoli, a góry wyglądały jakby jeszcze drzemały pod cienką warstwą śniegu. Janek postawił przede mną kubek.

– Malina z imbirem. Dobra na wszystko – powiedział cicho.

Milczałam chwilę, mieszając łyżeczką, choć nic nie trzeba było mieszać.

Wtedy spojrzał na mnie uważnie. Bez nacisku. Bez tej męskiej potrzeby natychmiastowego rozwiązywania problemów.

– Nie musisz nic mówić – odezwał się łagodnie. – Po prostu bądź.

To „po prostu bądź” rozlało się we mnie jak ta herbata. Ciepło. Spokojnie.

Po dłuższej chwili podniosłam wzrok.

– A gdyby… – zaczęłam niepewnie. – Gdybyś miał dziś wolne, wybrałbyś się ze mną na narty?

Uniósł brew, jakby próbował ukryć delikatne zaskoczenie.

– Znam fajne miejsce – odpowiedział. – Siglany - kameralnie, dziś nie powinno tam być tłumów.

Zaśmiałam się nerwowo.

– Jest jeden problem. Ja nigdy nie jeździłam na nartach…

Janek oparł się o framugę drzwi.

– Wszystko ci pokażę, nic się nie martw. Na Siglanach każdy kiedyś zaczynał.


Janek uczy Natalie jazdy na nartach - Wyciąg narciarski Siglany w Wiśle
 

Na stoku było jasno i mroźno. Wypożyczyliśmy sprzęt, a ja czułam się trochę jak dziecko w za dużych butach.

– Najpierw nauczymy się stać w miejscu – powiedział, poprawiając mi kask. – To wbrew pozorom najtrudniejsze.

Śmiałam się, przewracając po raz trzeci.

– To ma być zachęcające?

– Zaufaj mi – odparł, podając rękę.

Pierwsze kroki były nieporadne. Potem pierwszy krótki zjazd. Potem orczyk – serce waliło mi jak oszalałe.

– Nie patrz w dół. Patrz przed siebie – krzyczał z dołu.

Krzyczałam coś w odpowiedzi, chyba bardziej ze strachu niż z ekscytacji. A potem… pojechałam. Naprawdę pojechałam.

Najpierw krótszy wyciąg. Potem dłuższy. Kilka godzin minęło jak kilka minut. Nagle z dolnej stacji wyjechał ratrak, przygotowując trasę na popołudniowe szusy.

– To już? – zdziwiłam się.

– W górach czas płynie inaczej – uśmiechnął się.

Miał rację.

Tego dnia zrozumiałam, co znaczy, że „tu wszyscy się znają”. Z iloma osobami Janek się witał. Ile razy ktoś machał z wyciągu. Ile osób podchodziło zapytać o coś, pośmiać się, wymienić dwa słowa.

– Ty tu jesteś jak maskotka stoku – zażartowałam.

– Raczej chłopak od wszystkiego – wzruszył ramionami.

Kiedy zrobiło się nieco spokojniej, usiedliśmy na ławce przy dolnej stacji. Słońce zaczynało chować się za grzbietami Soszowa i Czantorii .

I wtedy przyszła mi do głowy ta myśl.

Tego dnia nie pocałował mnie. Choć podtrzymywał mnie na nartach co chwilę. Nie próbował skrócić dystansu.

A jednak czułam, że jest.

Że ja jestem.

Że naprawdę jestem.

Obok niego byłam lżejsza. Jak po dobrym zjeździe – trochę zmęczona, ale szczęśliwa.

Wieczorem, pod pensjonatem, zatrzymaliśmy się przy ogrodzeniu.

– Dziękuję – powiedziałam. – Za dziś. Za cierpliwość. I za to, że mnie nie puściłeś na pierwszym zakręcie.

Uśmiechnął się lekko.

– Jeszcze nie jeden zakręt przed tobą.

Wzięłam głęboki oddech.

– Chyba jutro wrócę do Warszawy.

Nie zapytał „dlaczego”. Nie powiedział „zostań”.

– Rozumiem – odpowiedział spokojnie. – Góry tu zostają, góry nigdzie nie uciekną.

Spojrzałam na niego ostatni raz tego dnia. Światło z holu – to, które rano naprawiał – świeciło ciepło w tle.

I nagle nie byłam pewna, czy naprawdę chcę wracać.

 

Rozdział V

Miasto, które już nie było domem

 

Wpadłam na śniadanie szybciej niż zwykle. Z walizką przy drzwiach, z włosami jeszcze wilgotnymi od porannego prysznica.

Ciotka Hanka uniosła brwi znad patelni.

– A dziś co tak wcześnie i co tak szybko? – zapytała, przewracając naleśnika w powietrzu z wprawą godną mistrzyni. – Mam dziś twoje ulubione. Z twarogiem i malinami.

Uśmiechnęłam się blado.

– Wracam do Warszawy.

Zapadła krótka cisza. Tylko syk patelni i stuk filiżanek.

– Na pewno? Już? – spojrzała na mnie uważnie. – Odpoczęłaś już?

Nie odpowiedziałam od razu.

Czy odpoczęłam?

Ciało – może trochę.

Serce – pierwszy raz od dawna zaczęło bić inaczej.

– Muszę – powiedziałam w końcu, bardziej do siebie niż do niej.

Ciotka skinęła głową, ale w jej oczach było coś, czego nie potrafiłam nazwać.

– Góry nie uciekają – mruknęła cicho.

Ale bez śniadania cię nie wypuszczę – dodała zdecydowanie głośniej, nakładając solidną porcję naleśników.


Natalia na śniadaniu w Rezydencji Pod Ochorowiczówką w Wiśle zastanawia się co dalej.
 

Kilka chwil później biegłam spóźniona na pociąg. Walizka sunęła po śniegu, podskakując raz po raz na nierównym chodniku. Śnieg chrzęścił pod butami. Serce waliło jak wtedy, gdy pierwszy raz wjeżdżałam pod górkę orczykiem.

Zdążyłam w ostatniej chwili. Drzwi pociągu zamknęły się za mną z sykiem.

Usiadłam przy oknie.

Trasa mijała jak film. Wisła, zaśnieżone dachy, znajome zakręty drogi. Potem las. Potem most nad rzeką. Potem kolejne stacje.

W szybie odbijała się moja twarz, a za nią – kadry z ostatnich dni, jakbym scrollowała rolki na Instagramie, z tą różnicą, że na wszystkich byłam ja i on.

Światło w holu.

Herbata z imbirem.

Pierwszy upadek na stoku.

Śmiech.
„Nie musisz nic mówić. Po prostu bądź.”

Zamknęłam oczy.

Czy to naprawdę wydarzyło się w zaledwie kilka dni?


W pociągu z Wisły Natalia wspomina pobyt w Wiśle
 

Warszawa przywitała mnie hałasem i pośpiechem. Ludzie pędzili w różnych kierunkach, jakby wszyscy dokądś się spóźniali.

Wyszłam z dworca i… skręciłam w przeciwną stronę niż powinnam. Szłam okrężną drogą. Powoli. Jakby każda dodatkowa minuta na zewnątrz była małym buntem przeciwko temu, co czekało w domu.

W końcu stanęłam pod drzwiami mieszkania.

Weszłam.

On siedział przy stole, z laptopem otwartym jak tarcza.

– Wróciłaś – powiedział bez entuzjazmu, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Tak.

Postawiłam walizkę pod ścianą.

– Musimy porozmawiać.

Westchnął teatralnie.

– Natalia, proszę, nie teraz. Mam jutro ważne spotkanie.

– Właśnie teraz.

Podniósł wzrok. Coś w moim tonie musiało go zaniepokoić.

– O co chodzi?

Zrobiłam krok w jego stronę.

– Ja… nie chcę już tak żyć.

– Jak żyć? – zmarszczył brwi. – O czym ty mówisz?

– Obok siebie. Nie ze sobą.

Zaśmiał się krótko, nerwowo.

– To przez ten wyjazd? Natalia, to tylko ferie…

– To nie przez wyjazd – odpowiedziałam. – To przez to, że dopiero tam poczułam, że oddycham.

– Czyli co? – wstał gwałtownie. – Poznałaś kogoś?

Milczałam sekundę za długo.

– Nie o to chodzi.

– A o co? – podniósł głos. – Mieliśmy wziąć ślub za trzy miesiące!

– Właśnie. Mieliśmy.

Patrzył na mnie, jakby nie rozumiał słów.

– Chcesz to przekreślić? Tak po prostu? Po tylu latach?

– To nie jest „tak po prostu”. Ja próbowałam. Naprawdę. Ale my już od dawna tylko funkcjonujemy. Nie rozmawiamy. Nie śmiejemy się. Nie dotykamy się nawet.

– Przesadzasz.

– Nie. Tylko w końcu przestałam udawać.

Zrobił kilka kroków po salonie.

– Czy ty wiesz, jak to brzmi? Ludzie mają kryzysy. To normalne.

– To nie jest kryzys – powiedziałam cicho. – To koniec.

Cisza była ciężka.

– Nie zgadzam się – powiedział w końcu. – Nie możesz tak po prostu podjąć decyzji za nas oboje.

– Mogę podjąć decyzję za siebie.

Złapał mnie za rękę.

– Natalia, proszę. Nie rób tego pochopnie.

Delikatnie wysunęłam dłoń.

– Właśnie pierwszy raz w życiu robię coś niepochopnie.

Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. On stał w drzwiach sypialni.

– Dokąd pójdziesz?

– Do Marty. Na jakiś czas.

– I co dalej?

Zatrzymałam się w progu.

– Zobaczę.

Nie płakałam. On też nie.

Drzwi zamknęły się za mną cicho.

Przez sekundę stałam jeszcze na klatce schodowej, jakby ciało nie nadążało za decyzją, którą już podjęłam.

I nagle poczułam ulgę. Nie smutek. Nie rozpacz.

Ulgę.


Rozstanie z narzeczonym to poczatek nowego rodziału w życiu Natalii
 

Na przystanku było zimno. Tramwaj przyjechał szybciej, niż się spodziewałam. Usiadłam przy oknie, wyjęłam telefon i wybrałam numer Marty.

– Halo? – odebrała po trzecim sygnale.

Przez chwilę milczałam.

– Mogłabym… zatrzymać się u ciebie na jakiś czas?

Cisza po drugiej stronie była krótka, ale wyraźna.

– Natalia? Co się stało?

Wzięłam głęboki oddech.

– Rozstałam się z nim.

– Co? – usłyszałam szelest, jakby właśnie wstała z kanapy. – Tak po prostu?

– Nie po prostu. Po latach.

Westchnęła ciężko.

– Zawsze mówiłam ci, że on na ciebie nie zasługuje.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Wiem.

– Przyjeżdżaj. Czekam. I nawet nie waż się pytać, jak długo możesz zostać.

Rozłączyłam się i po raz pierwszy tego dnia poczułam coś na kształt bezpieczeństwa.

 

Marta otworzyła drzwi niemal natychmiast. W mieszkaniu pachniało parzoną yerbą i świecami – ciepło, lekko ziołowo, znajomo.

– Wejdź – powiedziała cicho.

Postawiłam walizkę w przedpokoju i bez słowa ją przytuliłam. Mocno. Tak, jak przytula się kogoś, kto nie zadaje pytań w złym momencie.

– Opowiem ci później – szepnęłam jej w ramię. – Daj mi dziś tylko odpocząć.

Pogłaskała mnie po plecach.

– Jasne. Najpierw odpocznij. Reszta może poczekać.

Natalia u swojej przyjaciółki Marty
 

Mała gościnna sypialnia była prosta – jasne ściany, wąskie łóżko, drewniana komoda, miękki koc w kolorze musztardy. Postawiłam walizkę na podłodze i zaczęłam wyciągać rzeczy powoli, jakby każdy ruch był potwierdzeniem, że to się naprawdę dzieje.

Koszule. Sweter. Kosmetyczka.

Zatrzymałam się na chwilę, siedząc na brzegu łóżka.

Co dalej?

Nie miałam planu. Nie wiedziałam, gdzie będę za miesiąc. Nie wiedziałam, czy Warszawa jeszcze jest moim miejscem.

Ale wiedziałam jedno.

Nie żałuję.

 

Wieczorem napisałam do Janka.

„Dziękuję jeszcze raz za wszystko. Za Siglany. Za cierpliwość. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.”

Patrzyłam na ekran. Jedna szara kreska. Potem dwie.

Brak odpowiedzi.

Minuty dłużyły się jak godziny.

Może był zajęty.

Może nie wiedział, co napisać.

Może dla niego to był po prostu zwykły dzień.


Natalia u Marty czeka na telefon od Janka
 

Telefon zadzwonił dopiero późnym wieczorem. Numer z pensjonatu.

– Halo?

– Natalia? – głos ciotki Hanki był jak ciepły koc. – Pakując się tak pospiesznie, zapomniałaś rękawiczek. Zostały na kaloryferze.

Zaśmiałam się cicho.

– Oczywiście.

– Odeślę ci je. A tak w ogóle… – zawahała się. – Janek jest teraz w górach, wezwali go na akcję – ktoś zabłądził na Baraniej Górze.

Serce zabiło mi szybciej.

Ulga.
Więc dlatego nie odpisał.

Ale zaraz potem przyszła druga myśl.

Czy odezwie się po akcji?

– Wszystko będzie dobrze – powiedziała spokojnie ciotka. – On zna te góry jak własną kieszeń.

Zegar w kuchni Marty tykał miarowo.

– Góry czekają – dodała jeszcze, zanim się rozłączyła.

Patrzyłam w ciemne okno warszawskiego mieszkania.

I po raz pierwszy od dawna wiedziałam jedno.

Może ja też czekam.

 

cdn.

 

Kilka słów...

Choć ta historia brzmi jak coś, co mogło się naprawdę wydarzyć, jest wyłącznie fikcją literacką. Żadne postacie ani zdarzenia nie odnoszą się do rzeczywistości — ewentualne podobieństwa mogą być jedynie przypadkowe.
 
WR
 


Powrót do wszystkich

Rezerwacja / Online

Wyczyść
...
Wybierz datę